niedziela, 8 września 2013

Radujmy się więc...!

Będzie dużo dygresji, ostrzegam.

Jakiś czas temu, w sumie będzie już z ponad rok, razem z Bartkiem odwiedziliśmy jeden z antykwariatów. W sumie antykwariat sprzedał rzeczy jak na pchlim targu, ponieważ pomiędzy różnymi starociami można było odnaleźć wiele dziwnych przedmiotów. Takich jak na przykład wkręcana rączka do laski zrobiona z... kopytka. Nie pytajcie mnie jakiego zwierza kopytko to było - wolałam nie wiedzieć. W każdym razie, pośród tych dziwnych rzeczy Bartek wynalazł czaszkę. Nie, nie prawdziwą. Wykonana jest z gipsu, ale jakiegoś dość dziwnego, może bardzo starego - nie wiem. Gips jest bardzo zimny, bardzo ciężki i stawiałam że wykonana jest z bardzo dziwnego kamienia, póki nie obejrzałam poobcieranych boków, wskazujących właśnie na gips. Czy tak jest naprawdę nie wiem do dzisiaj (!).
Czaszka leży na książce. Rzeźba była bardzo zniszczona, widać było że ktoś ją próbował odmalować, ale chyba robił to ktoś co miał z pędzlem tyle wspólnego co żaba z ciastkiem czekoladowym. Poza tym miała mnóstwo pęknięć i poobtłukiwań.
OLU, DO RZECZY.
No właśnie, nie przedłużając. Ostatnio miałam trochę więcej czasu więc pomyślałam że ją odnowię. Na początku wyglądała mniej więcej tak:


Mniej więcej, bo zdjęcie zrobiłam już w trakcie jej "renowacji". Wcześniej sama czaszka miała kolor bliższy brązowemu niż białemu czy kremowemu.  Po dokładnym szorowaniu i myciu (nie będę opowiadać czym to zrobiłam bo jak znajdzie się tu jakiś kustosz to mnie zabije), przyszedł czas na wypełnienie pęknięć. Znalazłam w zasobach internetu niezmiernie skuteczny sposób na usuwanie pęknięć w gipsie itp. materiałach.
Polega on na nalewaniu stearyny na pęknięcia po czym wygładzaniu czymś ostrzejszym. W ruch poszły więc żyletki z czarnej stali (Ach, ten cud PRL-u, którego nie uświadczysz już dzisiaj... Mam kilka takich żyletek z allegro, kosztowały fortunę. Był to zestaw "kolekcjonerski". Mam nadzieję, że żaden kolekcjoner nigdy nie dowie się, że ja je bezczelnie wykorzystuję....). Żyletki i oczywiście świeczki.


Polewamy pęknięcia...


I docieramy delikatnie żyletką.

W sumie bardzo fajna zabawa. Trzeba było tylko bardzo uważać, bo domniemany gips lubi zdzierać się razem z woskiem. 
Rzeźba jest bardzo ciekawa jeszcze z takiego powodu, że sa na niej napisy. Oczywiście zauważyliśmy to dopiero po bardzo długim czasie od kupna ponieważ zostały one zamalowane grubą warstwą farby, więc ciężko sie czytało. Jakież było nasze zdziwienie i zadowolenie, gdy odkryliśmy, że napis na czaszce głosi:

"Gaudeamus igitur
Juvenes dum sumus"

Kto nie rozumie już tłumaczę. Jest to bardzo znana pieśń bardzo często śpiewana w różnych bractwach studenckich, na uroczystościach akademickich etc. etc. Pieśń mówi w skrócie o radości życia codziennego, ale także o pamiętaniu o czekającej nas wszystkich śmierci. "Radujmy się więc, pókiśmy młodzi" głosi napis na naszej rzeźbie. Mieliśmy też niemałą zagwozdkę, ponieważ napis na okładce książki był mocno zamazany i nie dało się go odczytać. Bartek wymyślił by spróbować starej metody z kartką i ołówkiem. Oto rezultaty:


Po dłuższym googlowaniu znaleźliśmy! "Commersbuch" lub "Kommersbuch". Były to śpiewniki studenckie. Wyjaśniła sie więc zagadka skąd pomysł na "gaudeamus", skoro równie dobrze mógłby byc tam tekst "non omnis moriar". Tak więc rzeźba jest typowo studencka i zaczęłam się na poważnie zastanawiać czy skoro gips nie jest pierwszej świeżości to czy nie niszczę właśnie jakiegoś zabytku. Tym bardziej, że Bartek znalazł "prototyp" naszej rzeźby, o, tutaj: http://www.steincollectors.org/library/TranslationsIllustrated/G/Gaudeamus_igitur/trans.html
Chociaz nasza czaszka nie jest kuflem, ani niczym w tym stylu, to jej podstawa jest mocno zniszczona (około 3-4 mm jest oderwane) i sugerując się wyglądem, uznałam, że na dole była jeszcze dodatkowa podstawka. Ale tego nigdy się nie dowiem. 
W każdym razie skoro ktoś postanowił zniszczyć ją przez pomalowanie śpiewnika pod czachą, to stwierdziłam, że jak ją odmaluje to większej krzywdy już jej nie zrobię. Po baaardzo długim, żmudnym malowaniu (szczególnie liter) skończyłam zmęczona. Efekt jest taki:


Suszymy się. Postanowiliśmy uznać napis przez K nie przez C. Nie dało się rozpoznać jaka litera została wyryta jako pierwsza.


Napis jest dziwnie chwiejny, ale nic na to nie poradzę - poprawiałam po odpowiednich wgłębieniach. Widać, że miejscami książka jest "ścięta" jakby kawałek gipsu odleciał.



Miałam zamiar doczyścić jeszcze samą czachę do koloru mniej więcej białego za pomocą bieli cynkowej i mleka, ale zrezygnowałam. Gdy jest w tak dziwnym, brudno kremowym odcieniu bardziej przypomina prawdziwą ludzką czaszkę, co robi piorunujące wrażenie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...